Nie jestem żadną wykwalifikowaną terapeutką, ani psychologiem, jednak wiem dokładnie jak ciężko jest przetrwać w MIEJSKIEJ DŻUNGLI. Ludzie pierwotni walczyli na śmierć i życie o byt, nie mieli żadnych narzędzi, byli zdani tylko na siebie. Jednak czy my przypadkiem również nie jesteśmy zdani tylko na siebie? Kto, prócz najbliższych stanie przy nas w sytuacji zagrożenia. Zagrożeniem nie muszą być tylko mamuty, czy inne wielkie, dzikie zwierzęta.
Miejska dżungla to okrutne miejsce pełne fałszu, obłudy i chęci zysku, często kosztem innych. Jesteśmy w stanie sobie w niej poradzić jedynie dzięki naszym dobrym relacjom z innymi ludźmi. Jednak kręg osób zaufanych nigdy nie jest wielki. Nie możemy naiwnie ufać wszystkim ludziom. Wśród osób z naszego bliskiego kręgu znajdzie się wielu, którzy sprzedaliby nas za judaszowe srebrniki. Nie oznacza to jednak, że nasza postawa powinna być zamknięta na świat. Całe życie poznajemy nowych ludzi, darząc ogromnym szacunkiem tych, którzy przy nas wytrwali. To według mnie jest najważniejsze w życiu.
Ludzie, którzy nas otaczają mogą nie tylko pomóc nam poradzić sobie z przeciwnościami losu i wygrać w miejskiej dżungli. Mogą nam pomóc poradzić sobie z samym sobą.
Bardzo dziwnie to zabrzmiało. Już tłumaczę co miałam na myśli. Któż z nas nie miał sam ze sobą na pieńku? Wiele osób, do których należę i ja ma problemy z samoakceptacją. Bliskie osoby, nasi przyjaciele mogą nam w tym pomóc. Jeżeli nasze środowisko będzie akceptowało nas, z naszymi wszystkimi wadami i zaletami, będziemy czuli się lepiej. Myślę, że szczególnie dla kobiet niezwykle ważne jest to, w jaki sposób postrzegają nas inni. Oczywiście należy mieć dystans do ich opinii, jednak mogą one nam pomóc wydostać się z dołka. Tak samo, jak mogą nam "pomóc" w tym dołku się znaleźć. Dlatego uważajmy na to, co mówimy i w jaki sposób traktujemy innych ludzi. Możemy samym złym słowem bardzo im zaszkodzić.
W teorii wydaje się to być łatwe - nie obrażaj nikogo, bo może mu to wyrządzić krzywdę, nie zdajemy sobie nawet sprawę jaką, jednak najciężej jest nam nie zranić kogoś, kto traktuje nas czasem nawet podle. Zawsze miałam z tym ogromny problem. Jako osoba wierząca, starająca się wierzyć świadomie rozumiem fakt, iż moja wiara nakazuje mi wybaczać nawet nie przyjaciołom, co przez to rozumiem- nie mścić się na ludziach, którzy wyrządzili mi krzywdę. Czy oznacza to jednak, że muszę dać sobą poniewierać? Na pewno nie. Asertywność nikomu nie zaszkodziła, jednak zawiść do tej osoby pozostaje, a chęć odpłacenia jej tym samym jest ogromna. Nikt nie lubi być stawiany w roli ofiary. Każdemu z nas zależy na tym, by przetrwać, jednak nie wszystkie środki są dozwolone. Kusi jednak, by uświadomić osobie, która nas zaczepia, jak bardzo to boli i nauczyć ją na przyszłość. Ja zwykle w takich sytuacjach tłumaczę się SŁABĄ PSYCHIKĄ. Bo ja to mogę odpłacać się innym, bo...kto mnie obroni jak nie ja? Bo jak mu nie oddam, to będzie się nade mną pastwić. Czasem nawet- bo jak ja nie zaatakuje pierwsza, to on zaatakuje mnie. Trzeba się bronić, trzeba przetrwać, trzeba być silnym. Prawdziwą siłę demonstrujemy jednak poprzez nieatakowanie innych osób. Osoby złośliwe, chamskie, agresywne obnażają w ten sposób swoją słabość. Skąd jednak wziąć siłę?
*
Tyle pięknej teorii w tym poście, taka prosta droga życiowa została tutaj przeze mnie przedstawiona. Rzeczywistość wygląda jednak trochę inaczej, choć resztka mojej naiwności karze mi twierdzić, że jest inaczej. Właśnie w tym momencie czuję się jako osoba zagubiona w miejskiej dżungli. Któż jest u mego boku? Już nie chcę wymieniać ile razy ja (siostra Klementyna) pomagałam ludziom będącym w dołku. Może to, o czym pisałam wyżej to stek bzdur. Może miejska dżungla żąda ode mnie czegoś innego- SAMODZIELNOŚCI. Samodzielności całkowitej i samowystarczalności. Może nie należy oglądać się na innych i szukać sojuszów. Może nie należy zawiązywać symbioz. Może wystarczy nam protokooperacja. A może najlepszym rozwiązanie jest pasożytnictwo?
A miało być tak pięknie....chciałam pisać tylko o rzeczach kolorowych. Chciałam zarażać Was optymizmem, którego nie mam. Chciałam wyprowadzać ludzi z dołka. Może najpierw pomogłabym sobie? Może to nie głupi pomysł. Życie mnie nie oszczędza, jednak może inaczej nie doceniałabym tego co mam. Ha, a mam tego "tak wiele". Dobra skończę chrzanić. Czas zmienić swoje myślenie. Znowu moje ulubione ZMIANY. Jak ja je kocham... Naprawdę tak szczerze i gorąco.